Przejdź do treści

Nasz ratusz

Wojciech Bąk o ratuszu jako znaku Poznania i jego znaczeniu dla poznaniaków po wojnie.

Rysunek zrujnowanego ratusza poznańskiego na Starym Rynku po II wojnie światowej
Rys. Zrujnowany ratusz poznański, widok od ul. Wrocławskiej — „Głos Wielkopolski”, 7 X 1945

Tekst Wojciecha Bąka „Nasz ratusz” to piękne świadectwo miłości do Poznania.

A przyjezdni powinni wziąć sobie do serca słowa autora: kto nie rozumie Ratusza, ten będzie tutaj zawsze intruzem.

Wojciech Bąk

Nasz ratusz

Dawno już minął czas, kiedy nad Robinsonem Kruzoe lałem łzy głębokiego współczucia. Mam serce dość oschłe. Konieczność i zwyczaj czytania najróżnorodniejszych tekstów literackich, które co dzień na biurko napływają — zahartowała mnie. Nawet przy bardzo wzruszającym tekście często nie ulegam głębszemu wzruszeniu. Orientuję się, że to jest tekst dobry, który powinien i będzie na pewno wzruszał, sam jednak pozostaję stosunkowo chłodny.

A jednak pierwszy numer odnowionej Kroniki miasta stołecznego Poznania głęboko mnie przejął. Wiem, że artykuły w nim umieszczone nie są arcydziełami. Są niewątpliwie poprawne, ale na pewno nie są czymś — jako sztuka pisarska — niezwykłym. Nie wzruszyła mnie w tym wypadku literacka doskonałość, ale momenty uczuciowe, objawiające się we wszystkich pracach umieszczonych w Kronice.

Przede wszystkim głęboka miłość poznaniaków do ratusza. Gmach w stylu włoskim tak zrósł się z uczuciowością poznaniaków, że nie mogą oni sobie w ogóle wyobrazić swego miasta bez ratusza. Nie dostrzegają wcale jego „włoskości”, w ich odczuciu jest on poznański, jest kwintesencją poznańskości, jest symbolem miasta, jego godłem, jego sercem — w ogóle jest syntezą, ozdobą i chwałą Poznania.

Obcy nie zrozumie tego uczucia nigdy, przynajmniej zaś nie odczuje go w pełni. Dla poznaniaków zaś ratusz, a już szczególnie orzeł polski na ratuszu — jest tak bliski jak wspomnienie o najbliższej rodzinie — o ojcu lub matce. Nie tylko zresztą dla poznaniaka, ale dla każdego Wielkopolanina.

I jakże może być inaczej? Przypominam sobie, że jako dziecko nie znając zupełnie Poznania, znałem ratusz. W domu wisiał obraz przedstawiający Tadeusza Kościuszkę. Podobizna jego była umieszczona w środku obrazu w owalu. W czterech rogach zaś były przedstawione gmachy symbolizujące cztery miasta: Warszawę, Kraków, Gdańsk i Poznań. I oczywiście symbolem Poznania był ratusz. Czyż można się dziwić, że właściwie i dla mnie w ratuszu się skupia cała kwintesencja poznańskości? Że skoro powróciłem do Poznania — jednym z pierwszych moich kroków było udanie się na Stary Rynek, żeby zobaczyć, co właściwie jest z ratuszem? I że odetchnąłem z ulgą, zobaczywszy, że mimo haniebnych zniszczeń ratusz się trzyma krzepko i że będzie mógł być odrestaurowany?

Czy bardzo się będzie też dziwić poznaniak, że ob. Józef Jóźwiak „odrzucony podmuchem gazów, kontuzjonowany, poparzony, czołgał się wśród gryzącego dymu, rozrąbywał palącą się posadzkę i sypał piasek na rozszalały żywioł”, żeby ratować salę Odrodzenia. I że „pomógł mu w tym ob. Fechner, przechodzień, szukający w ratuszu schronienia”. I czy bardzo się będzie dziwił poznaniak, widząc, że w Kronice tyle się mówi o ratuszu, możliwości jego restauracji, o Starym Rynku (interesujący projekt B. Stelmachowskiej). I że tyle się cytuje szanowną i czcigodną miłośniczkę miasta — Wicherkiewiczową?

Jestem przekonany, że nie będzie się wcale dziwił. Że przeciwnie będzie uważał, że mało, ciągle mało opowieści o ratuszu. Że będzie wzruszał go każdy szczegół. I o architekcie ratusza — i pożarach i klęskach — i o trębaczu. W ogóle będzie się wzruszał wszystkim, co dotyczy ratusza, choćby to był uboczny czy drugorzędny szczegół. I że nie potrzeba mu o ratuszu mówić w sposób doskonale artystyczny, wystarczy sposób poprawny — żeby czytał z rumieńcami na policzkach i łzami w oczach.

I nasuwa mi się ciekawa myśl, że na pewno w swoim czasie koszta wybudowania ratusza były bardzo wielkie. Że i wtedy na pewno byli utyskiwacze, którzy twierdzili, że nie należy na gmach reprezentacyjny wydawać tyle pieniędzy, że trzeba raczej budować rzeczy wyłącznie praktyczne. I jakże niepraktycznymi okazali się ci praktyczni utyskiwacze. Gdyby zmierzyć pożytek moralny, który ratusz dał Poznaniowi i całej Polsce — góry złota nie wystarczyłyby, żeby opłacić jego znaczenie. I opłacił on się więcej, gdy trochę szerzej spojrzeć na rzecz, niż najpraktyczniejsze budynki budowane w ciągu wieku. O wiele, wiele więcej.

Dlaczego tak się stało? Dla prostej przyczyny: był piękny. Piękno jego — tak pozornie niepraktyczne — okazało się praktyczniejsze niż wiele praktyczniejszych rzeczy.

I jeszcze jedna myśl. Bardzo niepraktyczna, ale jak mi się wydaje — piękna. Zdaje mi się, że obecnie nie ma trębacza, który by grał hejnał. Może byłoby ładnie, gdyby zaangażowano trębacza, który by w dalszym ciągu grał hejnał w odpowiednich porach. Wbrew logice, wbrew temu, że Stary Rynek leży w gruzach, że niewielu słyszałoby jego granie. Niechby grał gruzom na znak, że Poznań żyje, że serce jego, choć tak boleśnie nadszarpnięte wojną, bije normalnie. Jego zaś bicie wróży gruzom zmartwychwstanie, będąc niezłomnym znakiem woli rozwoju i rozkwitu. Taki hejnał byłby pięknym znakiem energii, nie liczące się z przeszkodami.

Obawiam się, że władze miejskie są zbyt praktyczne, żeby zrealizować ten projekt. A szkoda, bo bywa czasem niepraktyczność — bardzo praktyczna. Bywa zaś taką wtedy — gdy jest piękna. Taki zaś gest byłby bardzo piękny. I wierzę, że kiedyś jakaś nowa Wicherkiewiczowa podałaby go do wiadomości przyszłym pokoleniom. I wierzę, że przeczytałyby one z głębokim wzruszeniem tak jak my czytamy z przejęciem o dziejach ratusza, choćby nawet relacje o nim nie były szczytem artyzmu.

Kończąc twierdzę: Kronika miasta Poznania powinna się znaleźć w domu każdego poznaniaka. Nie tylko zresztą poznaniaka, ale każdego, który zamierza stać się poznaniakiem, osiedliwszy się tutaj na stałe. Bez zrozumienia spraw związanych z ratuszem, nie pojmie on nigdy miłości poznaniaków do ratusza, co więcej — wydaje mi się — nie zrozumie w ogóle poznaniaków! I nie będzie nigdy poznaniakiem, ale obcym, nie zrośniętym z Poznaniem gościem lub intruzem. Radzę więc wszystkim mieszkańcom Poznania przeczytać Kronikę — i dać przede wszystkim młodzieży do przeczytania. Żeby więzy między pokoleniami stały się silniejsze dla dobra miasta — i nie waham się powiedzieć — narodu. Ratusz jest dobrym więzem. Jest piękny!

Rysunek zrujnowanego ratusza poznańskiego na Starym Rynku po II wojnie światowej

Rys. Zrujnowany ratusz poznański na Starym Rynku, widok od ul. Wrocławskiej. Ilustracja do artykułu Wojciecha Bąka „Nasz ratusz”, „Głos Wielkopolski”, 7 października 1945.

Źródło: Wojciech Bąk, „Nasz ratusz”, „Głos Wielkopolski”, nr 221, 7 października 1945, s. 4 (PDF, s. 3).

Powiązane hasła

  • Poznań — Stolica Wielkopolski, bastion pracy organicznej i główny ośrodek społeczno-polityczny Narodowej Demokracji w II Rzeczypospolitej
Poprzedni artykuł
Lolcontent dla Jana Popławskiego
Następny artykuł
84. rocznica śmierci Cyryla Ratajskiego